Marzenia kontra racjonalność
Pozostało 5 miesięcy i 11 dni (162 dni)
Jako, że w mojej szkole od drugiej klasy wybieramy dowolne rozszerzenia, bez zbędnych przemyśleń zrobiłam to, co planowałam od dobrych kilkunastu lat.
Rok temu, w grudniu 2016 roku w arkusz wyboru bloków rozszerzeniowych wpisałam biologię, chemię oraz język hiszpański. Zestaw idealny.
Cel? Weterynaria! Najlepiej we Wrocławiu.
Taka praca była moim marzeniem odkąd pamiętam.
Większość osób twierdziła, że weterynaria to dobry wybór, gdyż mam rękę do zwierząt.
Wydawałoby się, że wszystko idzie po mojej myśli. Oprócz jednego - matematyka. Mimo, że w szkole jest tylko jeden przedmiot, który nosi taką nazwę Królowa Nauk przewijała się wszędzie. Fizyka, chemia...
Kiedy moja wychowawczyni w połowie drugiego semestru pierwszej klasy, zapytała co mam zamiar robić po napisaniu matury z takimi rozszerzeniami odpowiedziałam:
- Ja mam zamiar się wybrać na weterynarię. - odpowiedziałam z uśmiechem.
- Ja mam zamiar się wybrać na weterynarię. - odpowiedziałam z uśmiechem.
Odpowiedziała mi również ustami wygiętymi w górę. Jakież więc było moje zdziwienie, kiedy po zebraniu w szkole moja mama wróciła do domu i powiedziała, że rozmawiała z naszą Wiedźmą. A tamta oznajmiła mojej mamie, że ja się „na weterynarza nie nadaję”. Byłam wściekła. Kobieta mnie znała 6 miesięcy i była w stanie stwierdzić czy widzi mnie na weterynarza. A raczej jej się wydawało, że jest w stanie.
To że w jej opinii, nie poradzę sobie z chemią wtrącała w każdą rozmowę na temat ocen, studiów, planów czy naszych rozszerzeń. Zazwyczaj tą opinią dzieliła się z cała klasą. Plusem było to, że w głośnej ponad trzydziestoosobwej klasie, nie każdy słyszał lub słuchał tego co ma do powiedzenia.
Minęły kolejne miesiące nauki, wakacje i drugą klasę rozpoczęłam z moim osobistym planem lekcji i czterema godzinami chemii w tygodniu.
Niestety ten przedmiot za bardzo chłonął mój czas, siły i dobry humor, którego z dnia na dzień było coraz mniej.
Moja chęć życia spadała do minimum, kiedy wracałam ze szkoły i całe popołudnia spędzałam nad zbiorami Witowskiego i podręcznikiem do rozszerzonej chemii. To mnie zjadało od środka, tym bardziej że moje oceny niebezpiecznie chyliły się ku upadkowi (to jest średniej poniżej 1.75)
Moja chęć życia spadała do minimum, kiedy wracałam ze szkoły i całe popołudnia spędzałam nad zbiorami Witowskiego i podręcznikiem do rozszerzonej chemii. To mnie zjadało od środka, tym bardziej że moje oceny niebezpiecznie chyliły się ku upadkowi (to jest średniej poniżej 1.75)
W końcu się doigrałam - w połowie listopada w dzienniku widniała liczba 1.45 co oznaczało, że nie zdawałam.
Rodzice raz po raz powtarzali mi, że mogę zrezygnować z chemii póki mam czas, a ja uparcie za każdym razem burczałam, że potrzebuję rozszerzonej chemii na studia.
- Przecież nie musisz iść na weterynarię!
- Ale ja CHCĘ iść. - powtarzałam zaciekle.
- Przecież nie musisz iść na weterynarię!
- Ale ja CHCĘ iść. - powtarzałam zaciekle.
W końcu pod koniec listopada mama wzięła mnie na poważną rozmowę. Trwała pół godziny, a ja już po 15 minutach zaczęłam płakać jak bóbr.
Mama przedstawiła mi dobre i złe strony rezygnacji z weterynarii. Poprosiła abym popytała jej znajomych i mojego kuzyna o to jak wyglądają studia weterynaryjne. A na koniec wymieniła mnóstwo innych kierunków, po których mamy w perspektywie super prace ze zwierzakami, na wolnym powietrzu „a nie obcinanie pazurów w gabinecie weterynaryjnym ulokowanym w środku zakurzonych Katowic”.
Przemyślałam to w ciągu 10 minut. Przekalkulowałam. Poczytałam. Pogadałam z kuzynem. Po godzinie wiedziałam już wszystko. Weterynaria wraz z rozszerzoną chemią idzie w odstawkę. W perspektywie miałam zootechnikę.
Plusy:
- nie trzeba na to matury z chemii
- po tym kierunku można dostać dużo fajnych „prac” które wykonuje się na wolnym powietrzu i ze zwierzakami
- Nie trzeba tych zwierzaków usypiać
To były trzy zalety, których weterynaria nie posiadała.
Następnego dnia zjawiłam się w gabinecie Pani Wicedyrektor z arkuszem zmiany bloków specjalizacyjnych. Przejrzała, podpisała, wyszłam. Opadłam na fotel pod sekretariatem i z oka spłynęła mi jedna jedyna łza.
Pozbyłam się z mojego serduszka i umysłu pewnego marzenia. Marzenia, które powodowało uśmiech na mojej twarzy.
Ale zaraz potem poczułam ulgę. Kamień który leżał na moim sercu od połowy września, spadł z niego i sturlał się na samo dno mojej duszy. Nie muszę już kuć. Nie muszę się martwić, że nie zdam.
Ale zaraz potem poczułam ulgę. Kamień który leżał na moim sercu od połowy września, spadł z niego i sturlał się na samo dno mojej duszy. Nie muszę już kuć. Nie muszę się martwić, że nie zdam.
Nie muszę...
Ostatnie 11 lat mojego życia zostało właśnie wywrócone do góry nogami.
Następne kilka dni prześpiewałam i przetańczyłam w drodze do szkoły, ze szkoły, na spacerze z psem, podczas oglądania telewizji... Byłam wreszcie uśmiechnięta. Stres spowodowany wysokim ryzykiem nie zdania sprawiał że sama w swoim towarzystwie źle się czułam... teraz to co innego. .
Kurczowo trzymałam się jednego marzenia, bo to właśnie je chciałam spełnić. Mimo że potrzebuję czegoś całkiem innego. I wtedy sobie uświadomiłam, że nie zawsze to czego chcemy jest tym czego potrzebujemy.
Komentarze
Prześlij komentarz